Przez ostatnie lata jesteśmy świadkami niszczenia małego biznesu przez władzę. Otwartym pozostaje pytanie czy władza robi to z premedytacją czy z ogromnej nieudolności. Do niedawna sądziłem, że jest to nieudolność, teraz już nie jestem tego pewny.

Oczywiście nie mam gotowej odpowiedzi dlaczego tak się dzieje, ale dramatyczne skutki takiej polityki już widać na każdym kroku. Antynarodowa tak zwana ?prywatyzacja? powoduje, że gwałtownie rośnie bezrobocie i ...emigracja.  
Niekontrolowany rozwój supermarketów spowodował, że w ciągu dwóch lat z sześciuset podmiotów prowadzących działalność na gminnym placu targowym zostało tylko trzysta. Supermarkety na początek wyeliminowały z rynku  polskie produkty spożywcze a teraz polską, dobrej jakości, odzież.  Dlaczego w każdym supermarkecie można kupić odzież, buty, środki czystości, opony itp. Gdzie ?Sanepid? i inne służby sanitarne. Przecież każdy z nich doprowadza do bankructwa większość małych firm,  w promieniu 20 km od siebie.
Trzeba zauważyć, że każdy mały przedsiębiorca zatrudniał jeszcze dwa lub trzy lata temu jedną lub dwie osoby na umowę o pracę. Docelowo więc z tego placu gminnego dwa lata temu utrzymywało się około tysiąc dwieście osób. Tam, wokół targowiska powstawały małe firmy produkujące odzież i buty. Działające w Łodzi, jeszcze trzy lata temu małe rodzinne firmy odzieżowe, potrafiły zaopatrywać Kraków, Warszawę, Wrocław, Opole itd...A dziś? Nieprzypadkowo z Łodzi w ostatnim czasie przeniosło się do innych miast lub wyemigrowało za granicę 100 tys. mieszkańców.


Pytanie do naszych władz.  Gdzie ochrona rodzimych firm, gdzie dofinansowanie miejsc pracy z Urzędu Pracy, gdzie interwencjonizm państwa? Doszło do paradoksu: ci co  płacili podatki i generowali miejsca pracy są na bezrobociu, a ci co zniszczyli polską przedsiębiorczość, handel i doprowadzili do masowego bezrobocia nie płacą podatków zachowując ogromne zyski dla siebie. Trzeba tu koniecznie wspomnieć o wyjątkowo nieprzyjaznej dla właścicieli małych firm administracji państwowej z jej szeroko rozwiniętymi, i dalej się rozwijającymi, organami kontrolnymi. Z autopsji znam też przypadki skandalicznych decyzji prokuratorów i sądowych wyroków,  które często doprowadzają do upadku nawet dobrze prosperujące firmy. Zresztą widać, że system upadłościowy został tak pomyślany, żeby maksymalnie dużo na nim zarobił syndyk, likwidator i  komornik. Znam przypadek, z Krakowa, gdzie firma została postawiona w stan upadłości  w 1937 roku i jeszcze cały proces likwidacyjny trwa nadal. Zmieniają się tylko ludzie.  Skupienie większości mediów w rękach rządu powoduje, że społeczeństwo jest zupełnie nieświadome zagrożenia. Ludziom snującym się całymi rodzinami po supermarketach wydaje się, że mają niebywałe szczęście,iż udaje im się tam  coś taniej kupić, aniżeli w osiedlowym sklepie, często prowadzonym przez sąsiada. Taki zysk jest całkowicie iluzoryczny bo te znikome ?zyski? będzie musiał oddać państwu w innej postaci: w cenie leków, biletów transportu publicznego, czy wody i gazu. Państwo, rezygnując, lub nie potrafiąc, wyegzekwować od właścicieli supermarketów zobowiązań podatkowych, normalnie im odpuszcza, ale w dwójnasób ściąga pieniądze z przysłowiowego Nowaka, lub Kowalskiej. Więc kupując w supermarketach robimy sobie podwójną szkodę: mamy towar nieco tańszy, ale o znacznie zaniżonej jakości a przez takie zakupy powodujemy, że polscy producenci i handlowcy bankrutują i zamiast płacić podatki  sami zostają na garnuszku państwa. Koło się zamyka, dlatego też przerażająco szybko rośnie bezrobocie i emigracja młodych ludzi.   


Jesteśmy jako państwo beznadziejnie naiwni. Polscy przedsiębiorcy na darmo apelują, aby nie  otwierać za szeroko drzwi zagranicznym firmom. Pokazują z jakim kłopotami spotykają się za granicą, chcąc tam sprzedawać swoje produkty. Natrafiają na mur  certyfikatów, homologacji i standardów, przez który próbują się przebić. Natomiast  nasz rynek jest dla obcokrajowców otwarty, ale jak widać bez proporcjonalnej wzajemności.
? Od trzech lat próbuję dostarczyć urządzenia kolejowe z fabryk w Polsce na rynek niemiecki. Certyfikat z tamtejszego urzędu transportu kolejowego otrzymaliśmy w ciągu 30 dni. Ale na notyfikację z Deutsche Bahn nie doczekaliśmy się do dziś, bo niemiecki inwestor chroni swoich dostawców ? mówi Marek Nowakowski z zarządu TrackTecu. ? Podobne do niemieckich procedury, które służą ochronie rynku przed konkurencją z zewnątrz, stosują inwestorzy w większości zachodnich krajów. Nie rozumiem, dlaczego polski rynek zamówień publicznych jest tak szeroko otwarty ? podkreśla.
Prezes bydgoskiej Pesy, która podpisała w ubiegłym roku w Niemczech superkontrakt na dostawę 470 pociągów, warty nawet 5 mld zł, potwierdza tezę o ochronie niemieckiego rynku. ? Kontrakt dla DB Regio poprzedziło pięć lat starań. Musieliśmy wypełniać niekończącą się listę certyfikatów, uprawnień i standardów ? mówi w wywiadzie dla Dziennika Gazeta Prawna  Tomasz Zaboklicki. ? Do tego koszty certyfikacji w Niemczech są niebotyczne. To kilkanaście milionów złotych dla pojazdu, podczas gdy certyfikacja w Polsce przez Urząd Transportu Kolejowego kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych i jest wydawana zachodnim producentom prawie od ręki ? przekonuje.
Przedsiębiorcy z branży drogowej podkreślają, że we Francji, w Niemczech i Hiszpanii spółki spoza tych krajów nie mają szans na kluczowe kontrakty autostradowe. Dzięki preferencjom dla rodzimych wykonawców w Hiszpanii wyrośli tacy giganci jak Ferrovial czy Acciona, którzy dziś realizują kontrakty np. w Arabii Saudyjskiej. ? Na zachodzie Europy budownictwo to biznes lokalny. Za bardzo napędza gospodarkę i kreuje miejsca pracy, żeby je całkowicie otworzyć na konkurencję ? twierdzi Marek Michałowski, prezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.
Przedsiębiorcy są przekonani, że o kontrakty byłoby łatwiej, gdyby politycy udzielali firmom większego wsparcia. ? Kanclerz Angela Merkel i prezydent Francois Hollande nie wstydzą się lobbować za granicą w imieniu swoich koncernów. U nas przedsiębiorstwa muszą same dawać sobie radę ? ocenia prezes Zaboklicki.
Widać, że sprawująca w kraju władzę, grupa nominowanych głównie przez partię rządzącą  urzędników, staje się coraz bardziej arogancka i bezczelna. Ludzie coraz częściej skarżą się, że urzędnicy traktują ich opryskliwie, wyniośle, arogancko. .Niech  się państwo z obywatelami nie koleguje ani nie przyjaźni, niech będzie wobec nich rzetelne i uczciwe, niech nie będzie złe i wrogie. Niech nie zastawia na nich podstępnych pułapek i niech się nie cieszy, gdy obywatele w nie wpadają. Jak te słynne fotoradary, w dużej części ustawiane nie po to, żeby na drogach było bezpieczniej, ale by łupić pieniądze od kierowców.
Jak pisze ?Rzeczpospolita? właściciele małych i średnich firm napisali list do premiera. Mają dość  nadgorliwej skarbówki, wiecznie zmieniających się przepisów i krzywdzących wyroków sądów.  
W zawoalowanej formie informują o tym, co każdy, kto kiedykolwiek prowadził firmę w Polsce, wie doskonale. Dla administracji skarbowej każdy przedsiębiorca to potencjalny przestępca, a domniemanie niewinności, prawo podstawowe we wszystkich cywilizowanych krajach, w odniesieniu do prowadzących działalność u nas nie obowiązuje.

Tymczasem sektor małych i średnich przedsiębiorstw wypracowuje 60 proc. polskiego PKB i daje miejsca pracy 70 proc. Polaków. Ich sytuacja stale się pogarsza, głównie za sprawą fatalnego systemu.
Głównymi postulatami Federacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw są trzy fundamentalne zasady - jak to określa stowarzyszenie:
1.    Jasność i czytelność zasad naliczania podatku dla każdego przedsiębiorcy, bez względu na stopień wykształcenia i doświadczenia biznesowego. Wymaga to zmian prawa podatkowego - w szczególności VAT, PIT i CIT.
2.    Interpretowanie prawa na korzyść przedsiębiorcy i obywatela w przypadku niejasności przepisów. Ich adresaci nie mogą ponosić konsekwencji za luki prawne
3.    Przeniesienie kompetencji do rozstrzygnięć w sprawach podatkowych z izb skarbowych na sądy. Wymaga to zmian w procedurach podatkowych.

Przedsiębiorcy zauważają w liście, że obecnie doszło do sytuacji, w której organy skarbowe są sędziami we własnych sprawach. Przy obowiązujących dzisiaj przepisach wyroki izb skarbowych - zdarza się, że wydawane z klauzulą natychmiastowej wykonalności - pozbawiają przedsiębiorców środków finansowych, co w wielu sytuacjach równa się bankructwu firmy i utracie życiowego dorobku.

 

Jak zauważa "Rzeczpospolita", przedsiębiorca, który prowadzi własną działalność często pełni wiele funkcji od menedżera przez kadrowca po finansistę. Często nie ma czasu na śledzenie zmian w prawie i weryfikowanie, jak się odnoszą do jego sytuacji. Jego przeciwnikami stają się nie konkurenci na rynku, ale armia urzędników, którzy mogą wydawać decyzje mogące zniszczyć jego firmę, nie ponosząc przy tym żadnej odpowiedzialności za swoje czyny.

Jako przykład absurdów polskiego prawa dziennik podaje przykłady z branży meblarskiej z końca 2011 r. Firmy instalujące zabudowy kuchenne dostały obuchem, kiedy skarbówka zażądała od nich nie 8 proc. VAT jak do tej pory, ale 23 proc.! Tymczasem przepisy podatkowe w ogóle się nie zmieniły. Przedsiębiorcy musieli zapłacić nie tylko wyższy podatek bieżący, ale także za poprzednie lata. Takie mamy prawo.

- Działaliśmy w zaufaniu do organów państwa i to zaufanie zostało zawiedzione - mówi Maciej Wroński, prezes Federacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, który również ucierpiał na skutek takiej polityki.
A nasze rządowe media ekscytują się  związkami partnerskimi, chamskim postępowaniem premiera w stosunku do swojego ministra, wąsami gajowego, matką Madzi, czy wielkim powrotem pewnego niedokończonego magistra do polityki.