Duda zdobył serca i rozum wyborców, ale najwyższą premię zgarnie 24 maja. Komorowski został ukarany za agresję, pychę i nieporadność, a Kukiz staje się przywódcą  zbuntowanych  i oszukanych. Nieznaczne, ale pewne zwycięstwo Andrzeja Dudy (34,8 proc. w exit poll) nad Bronisławem Komorowskim (32,2 proc.) oraz świetny wynik Pawła Kukiza (20,3 proc.) są sensacją, ale były do przewidzenia.

Zwycięstwo Świetny wynik Andrzeja Dudy nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo w sondażach był wyraźnie niedoszacowany, a finisz miał niczym polski mistrz świata w kolarstwie Michał Kwiatkowski. Jego zwolennicy woleli ankieterom odmawiać albo nie mówić prawdy, uznając sondażownie za element systemu władzy PO. Oczywiście to tylko exit poll, ale rzeczywiste różnice nie powinny być aż tak duże, żeby wywrócić wszystko do góry nogami. Duda właściwie zdeklasował Komorowskiego w końcówce kampanii, co też miało wpływ na wynik głosowania w pierwszej turze.

Atmosfera w ostatnich dwóch tygodniach kampanii była taka, że wielu ludzi przyjęło zasadę: każdy, tylko nie Komorowski – zarówno w pierwszej, jak i w drugiej turze. Inna zasada, którą można zrekonstruować, to Andrzej Duda jako drugi wybór dla tych, którzy nie głosowali na niego w pierwszej turze. Z analizy choćby mediów społecznościowych wynika, że Duda jest wyborem w drugiej turze dla większości głosujących na Pawła Kukiza i, niespodziewanie, większości zwolenników Magdaleny Ogórek. Na Dudę przerzuci też głosy spora część wyborców Adama Jarubasa, Janusza Korwin-Mikkego, Grzegorza Brauna, Mariana Kowalskiego oraz Jacka Wilka. Będzie zatem druga tura i duży wpływ na ostateczny wynik głosowania będą mieli przede wszystkim „przyjaźni” Dudzie zwolennicy Pawła Kukiza. Na Kukiza wściekły będzie natomiast Korwin-Mikke, bo rockman odebrał mu mnóstwo głosów. Bronisław Komorowski może właściwie liczyć tylko na niewielki elektorat Palikota i tylko część wyborców Jarubasa. Przed drugą turą sytuacja Dudy jest więc znacznie lepsza niż Komorowskiego, bo ma szansę na znaczące poszerzenie elektoratu o grupy niepisowskie, zaś obecny prezydent może liczyć właściwie tylko na zmobilizowanie tych zwolenników PO, którym 10 maja nie chciało się iść na wybory.

Bronisław Komorowski ma oczywiście wciąż duże pokłady poparcia, ale w stosunku do sondaży sprzed kilku miesięcy stracił około 25 proc. zwolenników, co dla urzędującego prezydenta jest „sukcesem” katastrofalnym albo katastrofą sukcesywną. Ale wciąż popierają go bardzo ważne i wpływowe duże grupy wyborców, które określam mianem: „korytowa”, „układowa”, „kliencka” i „modna”. Grupa korytowa to urzędnicy wszelkich szczebli i ich rodziny oraz część budżetówki wywodząca się ze szkolnictwa, służby zdrowia czy instytucji kultury. Grupę układową stanowią osoby tworzące lokalne sitwy, często ponadpartyjne, ale w wyborach głosujące zwykle na dotychczas najsilniejszą partię w tych układach (albo kandydata tej partii). Grupa kliencka to setki tysięcy osób uzależnionych od urzędów oraz łaski urzędników opcji rządzącej, rozstrzygających przetargi, podpisujących zlecenia i zamówienia, załatwiających pracę, świadczenia, zasiłki czy pomoc, a choćby nie utrudniających życia. Na grupę modną składają się z kolei ci, którzy uwierzyli, że popieranie PO (i jej prezydenckiego kandydata) jest emblematem nowoczesności, europejskości, aspiracji i szeroko rozumianej fajności. Ci ludzie, często zakompleksieni, uważają, że identyfikacja z PO (i jej kandydatem) jeśli ich nie nobilituje, to przynajmniej pozytywnie wyróżnia. W ostatnich dwóch-trzech latach ten aspekt ma już bardzo mało wspólnego z mitem sprzed lat sześciu-siedmiu, ale wciąż są liczne sieroty po takim sposobie myślenia i dowartościowywania się.

Andrzej Duda wypadł znakomicie, bo został przez wielu zaakceptowany jako pod każdym względem lepsze wyjście od Bronisława Komorowskiego. Lepsze wyjście w kwestiach dotyczących patriotyzmu, powagi i zaangażowania w sprawy państwowe i obronę narodowych interesów, a także pod względem inteligencji, wiedzy, energii, pracowitości, determinacji, nowoczesności, prezencji, obycia czy kultury. Tendencja w końcówce kampanii była taka, że Duda coraz bardziej zjednywał do siebie wyborców spoza elektoratu PiS, tyle że w pierwszej turze mieli oni jednak alternatywę, czyli Pawła Kukiza i w znacznie mniejszym stopniu Janusza Korwin-Mikkego oraz Magdalenę Ogórek. Teraz na dużą część tych głosów może liczyć Duda, a dodatkowo na tych z okolic PO, których przekona w bardzo ostrej zapewne dogrywce kampanii oraz w debacie jeden na jeden z Bronisławem Komorowskim. Ta debata będzie bardzo ważna, bo może zdecydować, że ci zwolennicy PO i Komorowskiego, którzy nie głosowali w pierwszej turze, pozostaną w domu albo zawiedzeni i poirytowani obecnym prezydentem „na przekór” oddadzą głos na Dudę.

Głosowanie na Kukiza i jego naprawdę rewelacyjny wynik było ewidentną demonstracją buntu oraz pokoleniowym manifestem. Wielu młodych ludzi chciało pokazać partiom obecnym w parlamencie, że ich nie lubią, nie akceptują dotychczasowego podziału sceny politycznej, a przede wszystkim chcą czegoś nowego, mniej sformalizowanego, bardziej romantycznego i nieobliczalnego, ale szczerego i autentycznego. Kompletnie nie przeszkadzała im słaba orientacja Kukiza w świecie polityki oraz pewna nieporadność w debatach. Jest on dla nich autentyczny, uczciwy, bliski zwykłym ludziom, energiczny, przejmuje się swoją rolą, ma empatię i jest uroczo zakręcony oraz dostatecznie wkurzony na establishment. Paradoksalnie dla obecnych dwudziesto-, trzydziestolatków jest Kukiz przeniesionym o jakieś trzy dekady do przodu idolem ich rodziców, przynajmniej tych buntujących się w latach 80. Nie ma już tamtego Jarocina, tamtych koncertów w całej Polsce, tamtego ducha buntu i wściekłości, ale jest mit Kukiza z tamtych czasów przeniesiony do współczesności przez córki i synów kontestatorów tzw. późnej komuny. To nowe pokolenie chce przeżyć własny bunt, ale nie ma własnych buntowniczych idoli wśród równolatków, choć ma już chyba własną kontrkulturę.

Liderzy obecnych zbuntowanych, będący w podobnym wieku jak oni, to albo oustsiderzy, którzy uciekli z korporacji, albo ludzie zafiksowani na wojnach ideologicznych toczonych wokół gender, związków jednopłciowych, aborcji, in vitro czy walki z Kościołem. Ich bunt nie ma w sobie społecznego podglebia i zakorzenienia, nie jest związany z problemami ekonomicznymi, statusem zawodowym, szansami na przyszłość, kwestiami ściśle bytowymi. To w gruncie rzeczy zbuntowane panienki i paniczyki (maminsynki). Przy nich „stary” Kukiz jest buntownikiem pełnokrwistym, prawdziwym i w pewnym sensie klasowym, bo kwestie ekonomii i społecznego statusu są dla niego kluczowe poza sprawami ustrojowymi. Dlatego tak łatwo znalazł wspólny język nie tylko z młodymi pokrzywdzonymi czy wygnanymi z Polski za pracą, ale i ze związkowcami z „Solidarności”. Kukiz to lider na tyle silny i dobrze zakorzeniony w społecznych nastrojach, że w jesiennych wyborach do Sejmu może być bardzo znaczącym graczem, decydującym o tym, kto utworzy rząd. Kukiz będzie więc kuszony przez obie strony dogrywki, i to przy pomocy wszelakich atrakcji.

Wyniki wyborów, znane na razie tylko z exit poll, są ostrzeżeniem dla PO (bardziej) i PiS (mniej), że nastroje społeczne są tak gorące, iż jest miejsce na nowego gracza i zmianę w Polsce. Tym bardziej to miejsce jest, że Paweł Kukiz nie miał ani pieniędzy, ani struktur, ani za wiele czasu, a zebrał imponującą liczbę zwolenników. Ma on tę przewagę nad Palikotem sprzed czterech lat, że nie jest skupiony na modnych bzdurach i wojnach ideologicznych, co czyniło z partii Palikota twór sezonowy. Ma też Kukiz przewagę nad SLD, któremu wyraźnie zabiera część lewicowego elektoratu. Zabiera, bo partia Millera to spasione wyleniałe kocury. Ta partia nie ma już nic wspólnego z biednymi czy wykluczonymi, nie jest ugrupowaniem społecznej rewolty, lecz partią typowo establishmentową. Kukiz odbiera jej resztki wyborców, dla których ważne są kwestie ekonomiczne i społeczne. No i mobilizuje tych, którzy na SLD od dawna nie głosują, ale są typowym elektoratem socjalno-roszczeniowym. Dla PO i PiS ewentualna formacja Kukiza jest zagrożeniem jako świeższa, dynamiczniejsza, autentyczniejsza i „nieumoczona” w rządzenie.

Mimo że nie wszedł do drugiej tury, największym wygranym jest więc Paweł Kukiz. A 24 maja prezydentem najpewniej zostanie Andrzej Duda, co znamionuje jesienią trzęsienie ziemi w polskiej polityce.

Tekst ukazał się na portalu: wPolityce 10 maja 2015r