Czyli co zrobić z publicznymi mediami? W większości rozmaitych sondaży, w których pada pytanie, co PIS powinien zrobić najpierw, ta sprawa, jeśli nie jest na pierwszym miejscu, to praktycznie zawsze w ścisłej czołówce.  Na początek, rzecz najtrudniejsza. Trzeba sobie w pełni uświadomić, że to jest wojna. Medialna wojna, i jeśli ktoś nie będzie w stanie przyjąć tego do wiadomości, i na przykład zacznie traktować, zmierzające w jego stronę, medialne pociski, preparacje oraz kłamstwa z tzw. dobrą wiarą, czyli jako uprawnioną krytykę, nasza klęska będzie oczywista, nieuchronna i szybsza, niż sobie ktokolwiek jest w stanie wyobrazić.

Dokładnie to samo może nas czekać, jeśli nagle media III RP się "ucywilizują", i przyciszą funkcję "kłamstwo plus skowyt", a po naszej stronie, oprócz gigantycznego westchnienia ulgi, zacznie się szerzyć, jak pożar w stepie, wiara w cudowne przeistoczenie przecież tylko szemranych wilków w prawdziwe owieczki. Wiara, rzecz jasna, pragmatyczna, wynikająca tyleż z chciejstwa, co z lenistwa i braku ochoty do męczącej i utrudniającej komfortową konsumpcję zwycięstwa, bijatyki z przeważającymi siłami bezsilnych.  

Czy to oznacza, że należy media publiczne, bo oprócz TVP, rzecz dotyczy również radia, zamienić w "pogromców duchów III RP", reagujących jedynie na wrogą propagandę lub ścigających i tępiących wroga? Oczywiście, że nie. Tak jak nie wolno o tej funkcji, czyli o tępieniu kłamstwa oraz manipulacji, zupełnie zapomnieć.

Przede wszystkim jednak należy zająć się edukacją społeczeństwa, czyli skończyć z wyłącznością mediów III RP w sztuce hodowli i tresurze odbiorcy, podcinając korzenie tego, największego chwastu, jaki niszczy polską przestrzeń publiczną. W tym celu trzeba spróbować przenieść spór publiczny z obszaru między "ich", a "naszymi" mediami przed kamery i mikrofony publiczne, czyli do "nas". A następnie postarać się go ucywilizować, czyli sprowadzić na poziom od czasu do czasu chociaż przewyższający 100 IQ, oraz - przede wszystkim - tępiący kłamstwa, obelgi, chamstwo, a promujący różne opinie na temat nie dających się podważyć, i nie podważanych przez spierających się, faktów.

I w ten sposób, stopniowo, na przykładzie, że da się inaczej, ciekawiej, najpierw zdemontować, a potem zniszczyć, całą tę, medialną maszynerię monstrualnego kłamstwa, straszenia, hodowli nienawiści oraz szczucia jednych Polaków na drugich, jaka wyrosła z korzeni PRL i doprowadziła do takiej, moim zdaniem niespotykanej w cywilizowanym świecie, degrengoladny państwa, społeczeństwa, obyczaju oraz kultury w Polsce, z jakimi teraz musimy żyć.

Ambitne? A czy warto się czymś innym zajmować? Niewykonalne? A jak się o tym przekonać, nie próbując?  

Na pewno nie można poprzestać na - niewątpliwie potrzebnej - zmianie ustawy, wymianie kierownictwa, usunięciu najbardziej zdegerowanych twarzy oraz osób, a także rzuceniu idealistycznego hasła "misji", którego sprecyzowaniem zajmą się, najlepiej w drodze seminarów i kongresów, autorytety od prawa do lewa.

No i nie zniszczyć tej telewizji, sprowadzając ją do rangi niszowego słupa ogłoszeniowego, debilnym pomysłem na wycofanie jej z rynku reklam. Pomysłem iście samobójczym i perfidnym, bo ja nie wiem, czy inny, przymusowy sposób pobierania obniżonego abonamentu ten ubytek środków zrekompensuje, ale wiem, że będzie to olbrzymi, siegający miliarda, prezent dla mediów III RP w postaci części rynku reklam. I już widzę tę radość na twarzach dysponentów rozmaitych polsatów czy tefałenów, którzy oczywiście przeznaczą te pieniądze na dalszą "profesjonalizację" oraz "obiektywizację" swojego przekazu.

Kierownictwo i Informacja

Tutaj trzeba zacząć od czegoś w rodzaju opcji zerowej. Po pierwsze, nie wolno dopuścić, aby miejsce usuwanych, znienawidzonych frontmenów zajęły, kotłujące się od lat za ich plecami, w oczekiwaniu na taką chwilę, ich młodsze klony. Nie tak trudno chyba zrozumieć, że jeśli ktoś, pchając się do robienia kariery w publicznej telewizji, nie miał pojęcia, gdzie idzie, nie zasługuje nawet na prawo do czytania z kartki przed kamerą. Natomiast jeśli dokladnie wiedział, wymienimy tych, którzy kłamstwo mają przyklejone do twarzy na tych, którym niewinne oblicze wciąż znakomicie maskuje wewnętrzne skurwienie. I błyskawicznie za to zapłacimy, bo potęga wnętrza ludzi pozbawionych sumienia i charakteru przedrze się do świadomości widzów szybciej, niż się komukolwiek wydaje.

Tylko całkowicie nowy nabór ludzi, uprzedzonych, że złapanie nie tyle na kłamstwie, ale nawet na manipulowaniu w tzw. "słusznej wierze", czyli wedle tego, jak by sobie zapewne chciało naczalstwo, skończy się wyrzuceniem z roboty. Poza tym, jak w tytule tej notki, to muszą być ludzie, spełniający podstawowy wymóg kandydata na dziennikarza, czyli ciekawi prawdy, oraz szanujący tych, którzy walce o nią poświęcili swoje życie. Pewnie, że na tym świecie nikt nie zbuduje mediów, w których dziennikarzom, oraz ich kierownictwu, będą się świeciły wokół głów aureole, ale te mnóstwo nowych twarzy i ten, nowy początek, zapamiętają widzowie. I przynajmniej będą mieli potem punkt odniesienia do porównań.

Po drugie, kierownictwo odnowionych, publicznych mediów nie powinno w żadnym razie trafić w ręce dziennikarzy. Nawet najbardziej "naszych" i najbardziej zasłużonych. To powinna być grupa menadżerów, najlepiej mających doświadczenie na rynku medialnym, która ma pilnować, aby w tych mediach nie dochodziło do nadużyć, a także bezwzględnie tępić kłamstwa i manipulacje, swoich i obcych. Dbać o to, by rządzący mogli w nich swobodnie prezentować swoje stanowisko, a misję kierowanych przez nich instytucji pojmować jako promocję i ochronę interesu wolnej, dumnej i jak największej Polski.

I, poza wymogiem bezwzględnego i natychmiastowe wyplenienia kłamstwa, oraz nakazu dziennikarskiego punktowania i tępienia go u innych, postawić na cierpliwość. Dzeinnikarzy trzeba wyuczyć i wyszkolić. Nie wystarczą, o czym tak często zapominają "nasze" media, tylko młodzi, zdolni i uczciwi. Dziennikarz, aby stać się profesjonalistą, musi przejść mniej więcej taką samą szkołę od kilkudziesięciu, jeśli nie od ponad stu lat. 

Najpierw depeszowiec. To, wbrew pozorom, niełatwa sztuka. Sprowadzić do szybkiej, krótkiej notki dostępny aktualnie, czasami dość obszerny zestaw informacji, które także trzeba, choćby wstępnie, zweryfikować. Niektórym się wydaje, że Twitter może taką szkołę zastąpić. Nieprawda. TT to jeszcze jedno, bardzo zwodnicze źródło informacji, oraz miejsce organizowania nikogo do niczego nie zobowiązujących "dysput dziennikarskich", przez wielu mylonych z publicystyką.

Potem drobne reportaże, wychodzenie w miasto, ale broń Boże, nie tylko na konferencje prasowe lub do Sejmu czy na Al. Ujazdowskie. Następnie większe reportaże, czyli wyjazdy "w teren", żeby się przekonać, jak delikwent radzi sobie w nieznanym otoczeniu, jak umie wniknąć i zrozumieć nieznane środowisko. Dopiero na koniec, jeśli się sprawdzi, czyli po kilku, kilkunastu latach, prawo do własnych komentarzy, czy nawet kolumna.

U nas jest to niestety postawione na głowie, bo wystarczy udział w jednej demonstracji i od tego, co powinno być na końcu, niektórzy próbują zaczynać, a tego, co powinno byc przedtem, z obrzydzeniem unikają. No i mamy, jak ostatnio, wyjazdy np. z Prezydentem, z których przywieziony przez takich orłów, plon dziennikarski, czasami w ogóle nie istnieje lub ogranicza się do kilku, wrzuconych na TT fotek. Jest na to prosta recepta. Jeśli kogoś nudzi dziennikarskie terminowanie, i dziennikarski profesjonalizm, oraz wydaje mu się, że ma złote pióro i głowę pełną geniuszu, to niech pisze książki lub prowadzi bloga.

Publicystyka

Co z desantem "naszych", "niepokornych", "prawicowych", i tak dalej? Prawdopodobnie nie da się tego uniknąć, prawdopodobnie głównie do publicystyki, ale oby nie na zasadzie, że Rafał zaprasza Bronka, a Bronek Rafała, i tym podobne. Jeden i drugi, a zwłaszcza ten pierwszy, należą przy tym, moim zdaniem, do dziennikarzy, którzy nie tyle posiadają swoje, sprecyzowane poglądy, ale starają się sobie, za wszelką cenę, wymościć, wyszlifować oraz zagwarantować własne miejsce na medialnej, opiniotwórczej scenie. I nie są, po tej "naszej" stronie wyjątkiem. A po jednostronnym, wieloletnim skowycie medialnej nagonki i propagandy, ja bym nie chciał się doczekać, dla "odmiany", zestawu autorytetów, z których każdy próbuje być alfą i omegą, jing i jang, za i przeciw oraz czym się tylko jeszcze szanowny odbiorca zechce zainteresować. Pomijając już taki drobiazg, ze żaden z wymienionej na początku dwójki, nie był i nie jest zwolennikiem PIS.

Dla sporów partyjnych utworzyć odrębną kategorię programów, a partie, wysyłające tam idiotów, socjopatów i fanatycznych propagandystów, po prostu od pierwszych minut programu, bezlitośnie tępić. Tutaj prowadzący ma przede wszystkim dbać, aby w trakcie dyskusji nie nadużywano kłamstwa i manipulacji. Natomiast jak się pobiją, może być ciekawie.

Dla tych, którzy nie wiedzą co myśleć, dopóki nie usłyszą tego w radio lub telewizji, zachować dziennikarskie sanhedryny w stylu - "Jak minął tydzień, a jak minąć powinien". Dbając jednak o bezlitosne tępienie tyleż pretensjonalnej, co załganej pozy "naszych", którzy, zwłaszcza ostatnio, starają się za wszelką cenę o szczególnie przez nich rozumiany "obiektywizm". Prowadzi to do tego, że po stronie III RP tkwią w okopach dumni ze swego skurwysyństwa propagandyści i łgarze, a po naszej, przez nikogo nie proszeni, stają w ordynku goście, którzy nawet Matce Boskiej próbowaliby sprawdzać bilingi, czy się przypadkiem z kimś wieczorami nie umawiała, a na złe słowo o bujnej przeszłości Marii Magdaleny reagują z furią neofity. Długofalowego efektu u odbiorców łatwo się domyślić. Przypominam, to jest wojna. 

Ja jednak jeśli chodzi o publicystykę, zdecydowanie wolę, w miarę regularnie, choćby tylko częściowo odnawiany - to bardzo ważne, trzeba definitywnie skończyć "dożywotnimi" autorytetami medialnymi - zestaw ludzi o jasno sprecyzowanych, zróżnicowanych poglądach i wysokich kompetencjach oraz wiedzy. I prowadzącego, który nie udaje, że jest od nich mądrzejszy, ale dokładnie wie, o co ich pytać. Czyli programy tematyczne, gdzie Rafał z Bronkiem i tak nie mieliby czego szukać. Które, mam taką nadzieję, powinny publicystykę w publicznych mediach zdominować.

Kultura

Tu chyba będzie najciężej. Dlatego, że popularność, także środowiskowa, jako dominujący i najwygodniejszy wyznacznik poziomu, zmiażdżyła już chyba wszystkich, którzy potrafią odróżnić nie tylko rzeczy dobre od złych, ale fascynującą głębię od przerażającej nudy, i nie boją się tego publicznie zademonstrować. Może więc i tutaj skupić się i zacząć od funkcji edukacyjnej? Klasyka filmu, teatru, muzyki, prozy w spektaklach i publicystyce. To jest zapomniany skarbiec, pełen olśniewających klejnotów, które pokrywa i próbuje odsunąć w zapomnienie kurz tandety, czasami w formie upozowanej na femme fatale, luksusowej call girl, a opartej na seksie, przemocy i kłamstwie. Dlaczego o tych arcydziełach mamy sobie przypominać tylko na kodowanym kanale Kultura? A szerzej, jedynie raz na pięć lat, przy okazji Konkursu Chopinowskiego?

Bez obaw, nawet obecni, medialni macherzy od kultury doskonale wiedzą, że to będzie popularne. Tylko, że równocześnie zdają sobie sprawę, co ich w takiej sytuacji czeka. Bo to już inni macherzy będą musieli tą ofertą zarządzać. Kompetencje dotychczasowych "specjalistów" kończą się bowiem w sferze klasyki w najlepszym wypadku w szatni filharmonii lub na Wikipedii.

Sport

Pozornie prosta sprawa. Jak najwięcej transmisji, czyli skończenie z sytuacją, w której nawet występy reprezentantów Polski w finałowych rundach mistrzowskich zawodów, można oglądać jedynie na kodowanych, platnych kanałach. Bez obaw. Jestem pewien., że ciekawsza, a przede wszystkim odróżniająca się od stacji prywatnych, telewizja publiczna, szybko będzie dysponowala - nie tylko z abonamentu - pieniędzmi, pozwalającymi na stopniowe wykupienie dowolnych praw do transmisji, jeśli tylko będzie taka ochota.

Ale to nie wszystko. Warto byłoby skończyć z traktowaniem sportu jedynie przy pomocy kamer i, przydzielanych czasami nie wiadomo komu, chyba na zasadzie, im mniej kompetencji, tym lepiej, mikrofonów, oraz, od czasu do czasu, gadających spędów w studio. Tutaj trzeba sprofilowanych pod kątem dyscyplin oraz odbiorcy, stałych progamów. Może także spróbować wrócić do dobrych pomysłów z czasów PRL (tak, tak), gdy Tomasz Hopfer próbował w swoich programach namawiać Polaków do biegania dla zdrowia? Zachęcić nasze gwiazdy sportu do propagowania swojej dyscypliny, nagrywania filmików szkoleniowych, a jeśli jest to dyscyplina tak specyficzna, jak na przyklad skoki narciarskie, do reklamowania jakichkolwiek, wybranych przez nich, form sportowego wysiłku. Nie zapomnieć o czymś, co wlaściwie jest obok sportu, ale również się z nim wiąże, jak gimnastyka lub fizjoterapia dla każdego czy fitness.

Dzieci

Czyli edukacja i detoksykacja. To chyba likwidacja Dobranocki zamknęła ostatecznie w telewizji publicznej ten dział programów dla najmłodszych. A ja chciałbym zadać pytanie - dlaczego? Czyżby rzeczywiście niekończące się serie, najczęściej debilnych, kreskówek, miały już po wsze czasy pozostać jedyną ofertą medialną dla dzieci? Które poza tym zostały zmuszone do jak najwcześniejszego kontaktu z ordynarną, a dla nich wręcz niszczącą, kulturową propagandą, hodującą ogłupiałego i posłusznego konsumenta, nie tylko dóbr materialnych czy usług. Wbrew pozorom, w wielu krajach, na przyklad europejskich, zdano już sobie z tego sprawę, a specjalne programy dla dzieci starają się przynajmniej być odtrutką na te toksyny.

No i na koniec tego mojego, krótkiego przeglądu prywatnych myśli na temat publicznych mediów "po przełomie".

Stawiam duże piwo temu, kto wreszcie usunie z repertuaru telewizyjnego niekończące się powtórki "Czterech Pancernych" czy "Stawki Większej niż Źycie". I zastąpi je serialami o "Ince" czy "Lalku", przy których ryczeć będzie połowa Polski. Oraz o Brygadzie Świętokrzyskiej i Pileckim, przy których druga połowa uchla się z dumy. Albo także, a nawet przede wszystkim, o polskim Bondzie w realiach Powstania Warszawskiego, czyli ekranizacją na przykład "Majora" Ciszewskiego, w którym zadurzą się wszyscy, nawet Biedroń.

Mają swoje ikony komiksu i popkultury Amerykanie, a nam się wciąż serwuje Janka i Klossa, czyli sowieckich sługusów. Publiczne media powinny być od tego, abyśmy również i w tej dziedzinie zaczęli się szanować. Bo nie o to chodzi, żeby Klossa zastąpił Kapitan Żbik lub ponury i atrakcyjny jak kwit na węgiel, Radziwiłłowicz z "Gliny". Ale, na początek, może niech to będzie porucznik Wojtyński z "Majora". 

To tyle, a co się naprawdę w najbliższych tygodniach i miesiącach zmieni, zobaczymy. Oby tylko nikt nie zapomniał, że twarze publicznych mediów to wciąż dla bardzo wielu twarze władzy.

Tekst ukzał się na Salon24 11 listopada 2015r

Pin It