Po pierwsze, jeśli uważasz, że znasz nazwę obecnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, to uważasz źle. Po drugie, jeśli uważasz, że wiesz kiedy doszło do ostatniej zmiany ustroju, to najwyraźniej też uważasz źle. Przynajmniej według Trybunału Konstytucyjnego, który ci wytłumaczy jak krowie na rowie. Jak się okazuje, nie jest to republika parlamentarna, tak jak to możemy przeczytać we wszystkich podręcznikach. Nie znają się politolodzy, bo czasem powiedzą, że demokracja parlamentarna. Okazuje się też, że żadna demokracja pośrednia czy przedstawicielska.

Trybunał Konstytucyjny wytłumaczył i mi, i tobie to w wyroku z dnia 22 września 2006 r., sygn. U 4/06:

Znaczenie art. 188 pkt 3 Konstytucji. Kontrola konstytucyjności uchwał Sejmu pojawiła się jako konsekwencja zmian ustrojowych, które rozpoczęły się w 1989 r. W ich wyniku Sejm przestał być najwyższym organem władzy państwowej. Natomiast fundamentem demokratycznego państwa prawnego stała się zasada nadrzędności Konstytucji. Zasada ta odnosi się także do uchwał Sejmu. Parlament nie ma pozycji nadrzędnej nad innymi organami, z wyjątkiem ściśle określonych wypadków, nie ma także pozycji monopolistycznej w systemie organów państwa. Taka konstrukcja została stworzona m.in. w celu uniknięcia - historycznie znanego - doświadczenia. To doświadczenie to zarówno ryzyko, jak i realne niebezpieczeństwo uproszczonego rozumienia demokracji - głównie, jeśli nie wyłącznie - do wszechwładzy większości parlamentarnej. By uniknąć tego niebezpieczeństwa, został stworzony systemdemokracji konstytucyjnej zawarty w Konstytucji z 1997 r.

Czyli po pierwsze - demokracja konstytucyjna. Ale nie chodzi tu o rodzaj demokracji parlamentarnej, ale jako coś jej przeciwstawianego: "w celu uniknięcia - historycznie znanego - doświadczenia". Tym doświadczeniem to oczywiście PRL, komuna. A więc jeśli demokracja jest oparta na Sejmie, na woli większości, no to komuna. A jeśli jest oparta na Konstytucji, no to wtedy mamy prawdziusieńką demokrację, bo demokrację konstytucyjną. Polega ona na tym, że to Trybunał Konstytucyjny decyduje, jakie działanie jest słuszne (oparte na Konstytucji), a co niesłuszne. Nie jakaś tam większość w Sejmie, w wyborach czy gdziekolwiek indziej, bo przecież z istoty większości wynika, że może dojść do "dyktatury większości". Z większością jest jak z zegarkiem - nie wolno jej oddawać małpie. Dlatego tylko Trybunał Konstytucyjny może posługiwać się w sposób ostateczny głosowaniem większości (w składzie orzekającym).

Co zaś się tyczy odpowiedzi na drugie pytanie, tj. od kiedy mamy "demokrację konstytucyjną", to jest to niestety trochę bardziej skomplikowane. Pierwsze wątpliwość, to od kiedy co najmniej: czy od 1997 roku, kiedy weszła w życie Konstytucja, która ani razu nie wypowiada formuły "demokracja konstytucyjna", czy może od 22 września 2006 r., kiedy to w uzasadnieniu wyroku Trybunał potrzebował uzasadnić, dlaczego jego kognicja obejmuje także uchwały Sejmu? Druga wątpliwość, to od kiedy najwcześniej? Trybunał wytłumaczył nam, że na pewno nie przed 1989 r., bo choć była Konstytucja (z 1952 r.), był Trybunał Konstytucyjny, ale było "historycznie znane doświadczenie", pod pojęciem którego zapewne kryje się kompetencja Sejmu do odrzucenia większości 2/3 głosów orzeczenia Trybunału. To była ta "wszechwładza" i "pozycja monopolistyczna" Sejmu, która sprawiała, że nie było prawdziwej demokracji, bo demokracji konstytucyjnej. Tyle tylko, że po 1989 r. Sejm wciąż mógł większością 2/3 głosów odrzucać orzeczenia Trybunału, co trwało do 1997 r. Skoro tak, to jubileusz 25-lecia polskiej wolności i demokracji (tej prawdziwej demokracji) jeszcze przed nami i będziemy go obchodzić nie pod Stocznią Gdańską, ale na Szucha, pod siedzibą Trybunału Konstytucyjnego.

Zaletą demokracji konstytucyjnej jest jej praktyczność. Już w 18 lat od jej rozpoczęcią (przy przyjęciu za początek 1997 r.) można zacząć chodzić na skróty w procesie legislacyjnym. Bo pomyślmy: po co pozostawiać prawodawstwo parlamentowi, skoro potem trzeba i tak to skontrolować i orzec po swojemu, jak można od razu samemu napisać ustawę? Ba, można nawet samemu sobie napisać ustawę, tak jak to zrobił w tym roku Trybunał Konstytucyjny. Co z tego, że w polskiej demokracji konstytucyjnej Konstytucjna nie przewiduje dla Trybunału inicjatywy ustawodawczej? Przecież zawsze można podstawić gotowy projekt ustawy podmiotowi, który taką inicjatywę ma, czyli w tym przypadku urzędującemu jeszcze wówczas prezydentowi. Wprawdzie ta ustawa, którą sam sobie Trybunał napisał, okazała się niekonstytucyjna w pewnym zakresie, ale przejmować się nie ma co, bo to pierwsze koty za płoty. Trybunał ma jeszcze ciekawsze uprawnienia. Wprawdzie on wyborze sędziów do Trybunału Konstytucyjnego decydować ma Sejm, ale można zrobić tak, żeby decydował sam Trybunał. Ku chwale trójpodziału władzy. W cytowanym wyżej orzeczeniu TK wypowiedział się, że może kontrolować uchwały Sejmu o charakterze normatywnym (tj. prawotwórczym). W tym samym orzeczeniu powiedział, że np. takiego charakteru nie ma przepis uchwały, który mówi o tym, który z posłów ma zasiadać w komisji śledczej, bo jest to stosowanie prawa, jego wykonywanie. Tymczasem jak donoszą media: http://bit.ly/1TLM5aW , Trybunał zajmie się na wniosek grupy posłów Platformy uchwałą o wyborze sędziów do Trybunału. I jeśli zapytam "czy to uczyni?", to dlaczego mam wrażenie, że będzie to pytanie retoryczne?

A przypomnijmy, Sejm najpierw podjął uchwały o wyborze 5 sędziów TK, po czym Sejm kolejnej kadencji w formie uroczystej uchwały stwierdził fakt, że były one nielegalne, obarczone błędami w procedowaniu, toteż wydał jeszcze raz kolejne uchwały o wyborze 5 sędziów TK, ale już innych. I Komitet Obrońców Demokracji stwierdził, że te drugie uchwały były bezprawne, bo Sejm nie ma prawa stwierdzić, że te pierwsze były bezprawne. Przepraszam bardzo, ale Komitet Obrońców Demokracji takie prawo (że wybrane przez nich uchwały są nielegalne) ma? Na podstawie którego przepisu? Albo któryś z profesorów czy wydziałów prawa? Nie? To dlaczego się wypowiadają, że Sejm nie może stwierdzić, że jego poprzednie uchwały były nielegalne, skoro nie są do tego konstytucyjnie powołanym organem? Może właśnie Sejm "wie lepiej", tak jak "Trybunał wie lepiej"?

A czy Trybunał może się wypowiedzieć czy któreś z uchwał (czy to wcześniejsze, czy to późniejsze) Sejmu zgodne są z Konstytucją? Dotychczas wydawało się, że nie może, bo przecież "zasada autonomii Sejmu", bo przecież uchwały o wyborze sędziów to akty prawne nienormatywne; stosujące, wykonujące prawo (logika wyroku TK z 2005 r.), a tymczasem może się okazać, że jednak może. Bo Trybunał zmieni zdanie, a jak to się w języku prawniczym określa, "zmieni linię orzeczniczą". Tak jak zmienił w przypadku możliwości stosowania zabezpieczenia w postępowaniu przed Trybunałem Konstytucyjnym kilka tygodni temu. Tak jak zmienił zdanie w ramach tego samego postępowania czy dana spraw jest zawiła, czy jednak nie, i w związku z tym zmieni skład orzekający z 9 sędziów na 5 sędziów, byle tylko orzec w ekspresowym tempie, bez dopuszczenia nowo zaprzysiężonych sędziów. To jest właśnie różnica między Trybunałem a Sejmem: jeśli Trybunał zmieni zdanie co do uchwał o wyborze osób na daną funkcję publiczną, to jest to "zmiana linii orzeczniczej", ale jeśli Sejm zmieni zdanie co do uchwał o wyborze osób na daną funkcję publiczną, to będzie to "działanie prawa wstecz" i "nielegalne", o czym autorytatywnie może orzec nawet Martin Schulz bądź czytelnik Gazety Wyborczej.


Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego mają ogromną władzę. Nie, problemem nie jest "wszechwładza Sejmu", ale potencjalnie "wszechwładza Trybunału". Jego orzeczenia są ostateczne, nie podlegają kontroli, a i nawet, jeśli dopuści się on wydania orzeczenia z naruszeniem prawa, które w normalnych okoliczności, na gruncie k.p.c. w przypadku sądów powszechnych skutkowałoby nieważnością stwierdzalną w drodze instancyjnej (vide: przykład ze źle obsadzonym składem), to może skwitować: "i co mi zrobicie?". Naturalną tendencją każdej instytucji, władzy, jest dążność do poszerzania swoich kompetencji, na ile jest to tylko jej na rękę. Tymczasem Monteskiusz, tak modnie ostatnio przywoływany pisał: "Nie ma również wolności jeśli władza sędziowska nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela". Dla Monteskiusza sędziowie mieli być jedynie "ustami ustawy", konkretyzującymi normy wyrażone w ustawach, na potrzeby konkretnej sprawy. Trudno mówić, żeby w ogóle przewidywał sądy konstytucyjne, skoro pierwszy trybunał konstytucyjny w Europie powstał w Austrii w 1919 r., a Monteskiusz żył w latach 1689-1755.

Problem omnipotencji Trybunału istnieje tak samo jak istnieje problem omnipotencji Sejmu czy Prezydenta. Rzecz w tym, że Sejm czy Prezydent w najgorszym razie ponoszą odpowiedzialność polityczną (nie zostani następnym razem wybrani przez społeczeństwo), podczas gdy Trybunał z racji swego apolitycznego charakteru takiej kontroli nie podlega. Co jednak kiedy sędziowie Trybunału w trakcie kadencji otwarcie przyznaję, że popierają jedną partię polityczną? Co jeśli, gdy zaczynają pisać ustawy przedstawiane jednej opcji politycznej? Co jeśli pojawiają się w Sejmie, by doradzać co robić jednej tylko opcji politycznej? Pod pozorem kontroli legalności mogą nawet wpływać na wymianę kadencyjnego składu Trybunału.

Możliwości jest wiele: można ograniczyć kompetencje Trybunału, tj. doprecyzować w jakim zakresie może on wypowiadać się co do uchwał Sejmu; na ile uczestniczyć w procesie legislacyjnym; czy może komukolwiek doradzać; ewentualnie nawet przywrócić zasadę odrzucenia orzeczenia Trybunału większością 2/3 Sejmu. Konstytucyjnym "purystom" przypomnieć należy, że w procesie legislacyjnym istnieje alternatywa rozłączna: albo Prezydent wetuje ustawę, albo kieruje ją do TK. Ponadto Trybunał orzeka na zasadach skargowości, tzn. że nie zajmuje się sam sprawą, dopóki uprawniony podmiot mu jej nie przedstawi. Tym samym niejako z założenia Konstytucja akceptuje fakt, że istnieje szereg przepisów, które nie są z nią zgodne przy świadomości tego stanu rzeczy sędziów TK.

Można również zwiększyć legitymację sędziów, poprzez ich wybór w wyborach powszechnych. Z czego niby wynika, że Sejm lepiej wybierze od społeczeństwa (nie przypominając już nawet obecnego spektaklu)? Czy to rzeczywiście byłoby "rozwiązanie białoruskie", skoro w Stanach Zjednoczonych panuje wieloletnia tradycja co do tego? Czy sędziowie wybierani przez partie polityczne są bardziej partyjni, czy może mniej partyjni od tych, którzy byliby wybrani przez Naród?

Problemem jest też również brak otwartości umysłu naszych centrolewicowych elit, dla których każde inne rozwiązanie w kwestiach konstytucyjnych od obecnie obowiązującego, stanowiłoby zamach na demokrację. Potrafią jednocześnie stawiać pozostałym Polakom za wzór społeczeństwa zachodnie, gdzie takie inne rozwiązania często panują.

Tekst ukazał się w Salon24 14 grudnia 2015r