- Czas potrzebny na przeczytanie tego tekstu to około 6 minut i 46 sekund.
W sprawie strajku nauczycieli sporo już napisano, niemniej nie zauważyłem by poruszono kwestię jednej ze sprężyn, które wspomogły jego poprowadzenie i to z takim ładunkiem złych emocji. Choć nawet nie mówmy tu o filarze sprawy ale, jednak o ważnym jej czynniku napędowym. Warto go brać po uwagę, a lekceważyć się już na pewno nie powinno.
Łatwo można wykazać w tym strajku nie tylko oderwanie żądań płacowych od prób podjęcia nie tylko kwestii roli nauczyciela, systemu oświaty ale i od troski o godność zawodu oraz ich wszystkich powiązanie z wymiarem i jakością pracy.
Te sprawy wydają się być dla organizatorów i uczestników strajku – rozłączne. Na początek proponuję rozważyć nie tyle - czy – bo to wydaje się być pewne – ale dlaczego – nauczyciele, w dużej jednak swej części dali się wmanewrować, poddali się wskazanym działaniom nie tylko bez przemyślenia racjonalności nie tylko żądań lecz i metod prowadzenia strajku a także podporządkowała się politycznym potrzebom przywódców. Ci zrobili to, o co im chodziło – rozhuśtali Państwo, pobudzili niepokoje, ale realiów - na szczęście - nie przeskoczyli. Samo stawianie zaporowych żądań i zachowanie w negocjacjach – coś powinno powiedzieć samym strajkującym. A ci – w dużej części - jak ślepe ćmy. Nie zajmujmy się polityką, a zastanówmy się nad pełnymi motywami strajkujących. Bez ludzi wszak przywódcy związkowi nie byli by w stanie zrealizować tej akcji w istocie politycznej.
W tym zakresie, obok podkreślam - słusznych - oczekiwań wzrostu wynagrodzeń u strajkujących znaczącą rolę mogły zagrać i przekonania polityczne (lub wręcz brak własnego zdania na te tematy), także wdrożenie do posłuszeństwa poprawności politycznej, a w tym podatność na presję środowiska w kierunku stadnych zachowań. To akurat w przypadku ludzi, którzy z założenia mają kształtować młodzież do samodzielnego myślenia i swobody myśli – wprost kompromituje i ze swej istoty powinno być powodem eliminacji z zawodu. Ale to na boku.
Wśród wielu okoliczności jakoś tłumaczących te zachowania – obok spraw doboru i ukształtowania kadry (wysokie jej „zaczerwienienie”) poprzez sposób zarządzania szkolnictwem – w skrócie sprawy systemowe – może warto sięgnąć po zastanowienie się nad cechami osobowymi samych nauczycieli, które mogły być i zostały wykorzystane dla wywołania reakcji zbiorowych.
I nad tym chcę się zatrzymać.
Pozwolę sobie to nazwać w skrócie – wykorzystaniem choroby nauczycielskiej. Ta może być nie tylko cechą własną danej osoby, ale też bywa ukształtowana praktyką, jest wszczepiona zawodem, środowiskiem i warunkami pracy.
Niewątpliwie, każdy zawód zostawia w człowieku swój ślad. Kierowca zawodowy za dużo widział, by na drodze bezmyślnie szarżować, naukowiec musi być jakoś systematyczny, piekarz musi mieć przestawiony cykl dobowy a lotnik nie może mieć lęku wysokości.
W przypadku nauczycieli można chyba też mówić o takim śladzie odciskającym się na uprawiającym zawód nauczycielski. Wspomaga on tak irracjonalne reakcje nauczycieli z jakimi mieliśmy do czynienia. O ile prawo do protestu jest oczywiste – to już sposób jego realizacji może być sprzeczny z dochodzeniem do deklarowanego celu, sprzeczny z logika – czyli irracjonalny. A to, że posunięcia strajkujących były irracjonalne jest stosunkowo łatwe do wykazania. Nie były to przecież zachowania ludzi mających – mówiąc najkrócej – realistyczne zdolności oceny rzeczywistości. Jaka racjonalność może wszak stać za choćby wcześniejszym brakiem reakcji gdy płace były zamrożone przez wcześniej rządzących i obecnym podjęciem strajku gdy następuje realny i postępujący jeszcze przed podjęciem akcji strajkowej. Płace swoją drogą - logika swoją a potrzeba politycznej hucpy – pozostaje w czytelnym tle. Czytelnym ale chyba nie dla wszystkich strajkujących. Pójdą w zaparte, że tylko kasa. Gdy przeważa tak czytelny polityczny podtekst zawiązania strajku w emocjach zanika umiejętność dochodzenia swych racji na drodze cywilizowanych negocjacji. Przykładowo, samo o używanie żywych tarcz w nijak nie mieści się w katalogu działań racjonalnych i cywilizowanych. Tylko troglodyta tego nie wie, za to nauczyciele – o dziwo - akceptują. I myśleli, że to może się okazać skuteczne – a w istocie przeważyło szalę w kierunku upowszechnienia wiedzy, że płace to tylko pozór – choć wyglądający racjonalnie a polityka i hucpa – to istota sprawy.
Mówimy więc o cechach ludzi. Ich skłonności do irracjonalnych działań. I tu można szukać oddziaływania wpływu – co próbuję właśnie zasugerować – w owej chorobie nauczycielska.
Powszechnie znane są jej objawy, skutki choć bywają niemiłe – to na ogół nie są kojarzone z tą „jednostką chorobową” Tylko wyjątkowo odporni – oraz oczywiście mający pełną świadomość i swojej wartości i powagi zadań, wręcz misji, a także zachowujący rozsądek – nie poddają się owej chorobie. Owocuje ona strasznie w wielu wymiarach.
Co to za dżuma – należy w końcu opowiedzieć.
Skąd się bierze i na czym owa choroba polega?
Proszę zauważyć, że w stosunku do ucznia, a także w sporym zakresie i rodzica - nauczyciel ma zawsze rację. Mniej nauczyciel akademicki bo zajęcia prowadzi z jednego czy najwyżej kilku przedmiotów i dla różnych roczników kursu. Widzi studenta przez semestr – i zależność w zasadzie znika. W szkole podstawowej jest jedna „pani” lub „pan”. Póki ma autorytet a system jego utrzymanie należy przyznać utrudnia, a nawet uniemożliwia, taki nauczyciel nie musi korzystać z mechanizmu uzależniania ucznia. Niemniej, prostsze i łatwiejsze są metody nacisku, zastraszania – na różnych płaszczyznach wpływu. Nauczyciel ma zawsze rację – staje się dla ucznia prawdą, ale tylko na tyle na ile trzeba nauczyciela utwierdzić w tym przekonaniu. A młodzież instynktownie rozpoznaje fałsz i potrafi w tym lawirować. Przy okazji kształtuje się ją do podwójnych standardów poprawności politycznej. Własne zdanie? To zupełnie nieracjonalne.
Z drugiej strony ta relacja działa u nauczyciela w odniesieniu do przełożonych tyle, ze w odwrotną stronę.
I tak latami i kolejnymi cyklami pełnego nauczania danej szkoły buduje się głębokie przekonanie nauczyciela, z jednej strony o jego wszechwiedzy i wszechwładztwie w odniesieniu do „podwładnych” i racjonalności nie wychylania się ze swym zdaniem w stronę odwrotną, Trzeba mieć silną psychikę i pozycje w szkole oraz autentyczny autorytet wśród uczniów by oprzeć się tak powstałemu napięciu. Potrzeba dominacji – co odczuwa całe otoczenie i nieprawdopodobna uległość na naciski ze strony szefów to jakby kliniczne objawy schorzenia.
Szef związkowy – choć nieznany nawet osobiście – to jednak - szef.
Grupa, otoczenie, pokój nauczycielski – to pokój do którego trzeba wrócić i szczerzyć zęby w uśmiechu ochronie przed pokąsaniem.
Sytuacja strajkowa – zainfekowanemu chorobą nie zostawia dużego pola. Na dodatek – perspektywa olbrzymiej podwyżki przy mizerii – nęci.
Człowiek zainfekowany chorobą nauczycielką przekonania o wszechwiedzy zmieszanym z wytresowaniem do układności wobec „szefa” - staje oto przed takim ciągiem – wiem bo szef powiedział, a jak wiem, to wiem i z tego mnie nikt nie wybije – bo wiem, że tak jest. Powinnością jest to co mówi szef, inne racje są podrzędne (choćby były w istocie nadrzędne) a pozostanie w grupie – jest warunkiem dalszego przetrwania – nie ma się co wychylać z jakimś indywidualizmem. Na dodatek pojawia się perspektywa solidnej kasy – któż się temu wszystkiemu naraz oprze?
Zostawmy te rozważania, które były, są i zapewne będą prowadzone, w sprawie rozszyfrowania reakcji środowiska nauczycielskiego i tajników pralni ich mózgów w pokoju nauczycielskim. Zauważmy tylko, że też – choć nie wyłącznie oczywiście – motywy działań nauczycieli mogą leżeć w walnym udziale reakcji wynikających z opisanej infekcji wolnej woli.
Warto też wyraźnie powiedzieć, że w obecnym stanie rzeczy przegranymi są w tym wszystkim właściwie wszyscy. Pierwszy - uczeń i co jeszcze gorsze – jego przyszłość. Tak demoralizująca nauka jakiej udzielili w swej części nauczyciele – będzie na długo rzutowała i to nie tylko na ten jeden rocznik. Drudzy – to rodzice – co się podenerwowali – i jakie wydatki ponieśli nie mówiąc o tych poddanych ryzyku straty nie mówiąc – to Ich. Trzeci – sami nauczyciele – odbudowa ich autorytetu, pozycji oraz poważania społecznego, a także utrudnienie koniecznych zmian w samym systemie szkolnictwa – to długa praca i długi czas. Czwartym przegranym jest oczywiście Państwo. Jego destabilizacja zmierzająca do wywrócenia i sabotowanie jego ważnej funkcji – to główny efekt tej akcji tu - części środowiska nauczycielskiego. Każde wsadzenie kija w szprychy utrudnia jazdę. To olbrzymi koszt całego społeczeństwa. Samo działanie – im gorzej tym lepiej - oczywiście wykazuje impotencję merytoryczną gości udających opozycję. Tak naprawdę nawet nie przez opozycję a – jak ich nazywam totalsów – bo żadna z nich pozycja. Ta przecież z samej nazwy i swej istoty przedkłada rozwiązania konkurencyjne, krytyczne a nie tylko totalnie i przewidywanie do bólu i ogłupienia – negujące . To oczywiście żadna pociecha. Nie na darmo podobne akcje strajkowe są obejmuje działania prawnie zabronione w Państwach Europy szczycących się wysokim poziomem praworządności i zabierających się do pouczania Polski w tym względzie. Choćby tylko dlatego by dołączyć do tych Państw o czym mówią totalsi, wręcz dydaktycznym powinno być przyznanie owego „zwycięstwa” Tym, co to cały czas chcą, by „było jak było” – poprzez przyznanie Im dokładnie tego na co oczekują – czyli niech ponownie mają to, co mieli przed objęciem władzy przez ten opresyjny rząd PiS.
Za to owoce zmian wykonywanych przez rządzących i koncepcje przebudowy systemowej powinny zostać oddane w całości w ręce tych, którzy zobaczyli nie tylko bezsens ale i kontr skuteczność podobnych wyczynów.
W tym wszystkim jednak zauważam konieczność zastanowienia się skąd się bierze tak automatyczna i jednak w sporej mierze automatyczna i zbiorowa infekcja chorobowa a za nią też i reakcja akceptująca działania ZNP. Wyjęcie z mózgów myśli o w pełni samodzielnej analizie sytuacji, poddanie się presji środowiskowej co w jednym domku siedzi – obok obiektywnie zasadnej chęci uzyskania podwyżki - to zapewne filary wypływające też z opisanej choroby. Jej zwalczanie próbuję pokazać jako jeden z ważniejszych celów projektowanych zmian zarządzania organizmem i urządzania oświaty.
Można powiedzieć – dobry postulat, lecz skąd brać wykonawców.
Oni powtórzę – się właśnie ujawnili. To Ci, którzy okazali się odporni na infekcje. Odporność wykazali odmową udziału w tej czysto politycznej akcji. Są tymi , którzy mają w cenie społeczną rolę przekazania następcom wiedzy, posiadają umiejętności posługiwania się nią i pragnący wszczepić samodzielność jej używania. Względna masowość reakcji strajkowej nie może być uzasadniana tylko – choć w tym środowisku to z jego wieloletniej genezy można uznać za oczywiste – preferencją orientacji politycznej.
Wyjaśnieniem może być właśnie rozległość infekcji. Infekcje się leczy. Na ważne miejsce infekcji – należałby zalecić posypanie antybiotykiem lub wręcz dokonanie resekcji. To jedyne – a tu jedynie wskazywane jako analogie – metody leczenia. Bez niego – pacjent ma spore szanse na zejście
Czego systemowi nauczania oczywiście nie życzę.

