Co po ogłoszeniu składu gabinetu Beaty Szydło zrobił rzecznik prasowy jeszcze przez parę chwil rządu PO-PSL? Gdy Cezary Tomczyk usłyszał, kogo wymieniła przyszła prezes Rady Ministrów, „zrobił to co miliony Polaków przed telewizorami i po prostu złapał się za głowę, bo po prostu szkoda Polski”…

Tak powiedział. Lichy cosik z niego patriota, gdyż były „spółdzielca” od Cezarego Grabarczyka, dziś jeszcze przyboczny premier Kopacz, zamiast labiedzić nad losem ojczyzny, powinien był raczej rzucić hasło: „bagnet na broń!” i stanąć w obywatelsko-ludowym ordynku w obronie Najjaśniejszej. Znaczy, ojczyzny, oczywiście. Że kpię z poważnej sprawy? Owszem, bo poważnie wynurzeń Tomczyka traktować się nie da. Oto medialny frontowiec politycznej spółki akcyjnej obywatelsko-ludowej, która przez osiem lat dała się poznać jako zgrany team aferzystów, za co obywatele, czyli lud pozbawił ich władzy, łapie się za głowę, że stało się „największe polityczne oszustwo ostatnich 25 lat”. Żeby w tak młodym wieku (Tomczyk ma lat 31), cierpieć na demencje starczą? Biedak jest „przerażony”, ale bynajmniej nie własną zezowatością umysłową:

„Do tej pory mieliśmy premiera z PO, a teraz mamy p.o. premiera”,

— cedzi do mikrofonów mediów różnych. Choć to jego szefowa, jego rząd i jego partia już leżą na desce, Tomczyk współczuje… następczyni Kopacz:

„Mnie jest jej trochę szkoda. Widziałem w jaki sposób był tworzony jej przyszły rząd, że nie miała z tym nic specjalnie wspólnego; miała pewnie wpływ na to, kto będzie rzecznikiem jej rządu i dobrze, że chociaż na to”,

— skomentował, podkreślając przy tym wielkodusznie, że „nie chce się tutaj znęcać nad panią premier Szydło”. Łaskawca… Bezlitosne natomiast okazały się media różne, które ruszyły do ataku z mikrofonami wyciągniętymi na wrogów jak włócznie. A to prof. Piotra Glińskiego przy szatni dopadły, czy nie czuje się zrobiony w bambuko, co mu do kultury i czy odezwie się w ogóle w ciągu następnych czterech lat, to zdybały Antoniego Macierewicza na ulicy – też nie był rozmowny - …no, ekipa głuchoniemych w tym nowym gabinecie.

Czujne na nieszczęścia kraju dziennikarskie kozy rozbeczały się chóralnie, jakiegoż to „oszustwa” dopuściło się PiS, jak wrednie „złamało obietnice” i „zakpiło z wyborców”. Na dodatek, co urąga godności prawa i sprawiedliwości, zatrudnia człowieka „z wyrokiem, nieprawomocnym, ale jednak z wyrokiem…”. Kozy nie pamiętają lub pamiętać nie chcą żadnych oszustw spółki PO, począwszy od pierwszego, tasiemcowego expose premiera Donalda Tuska, co to zrobi, a nie zrobił, po pokątne załatwienie sobie miękkiego lądowania w roli gastarbeitera w Brukseli i wciśnięcie na swoje miejsce do porzuconego gabinetu - ze złamaniem wszelkich zasad wewnątrzpartyjnej demokracji - minister zdrowia, znanej głownie z epokowego kłamstwa, jak to „rosyjscy i polscy specjaliści ramię w ramię” badali zwłoki ofiar smoleńskiej tragedii i „przekopali ziemię” na metr głębokości w poszukiwaniu prawdy…

I ja nie chcę się tutaj znęcać nad pozbawionymi władzy z woli narodu, choć po prawdzie powinno się przypominać o ich kompromitacji, o licznych skandalach, o poniżeniu naszego kraju „istniejącego tylko teoretycznie”, który ich najlepiej zorientowany człowiek, minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz charakteryzował nie tak dawno słowami:

„Mamy d… pogłębiającą się na poziomie budżetu państwa (…), kupę rzeczy, które ludzi wkur…, szkodzą im, są absurdalne, bo to państwo jest źle skonfigurowane (…), to ch…, d… i kamieni kupa”.

Co jest fundamentalną wadą gabinetu Szydło? Przede wszystkim to, że jej ludziom nie można wytknąć braku doświadczenia, nieuczciwości, ani deficytu patriotyzmu. Jednak, według odsuniętych od władzy, największą bolączką PiS jest to, że ma Jarosława Kaczyńskiego, który swą sponiewieraną partię doprowadził do bezapelacyjnych sukcesów w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. „Wataha” nie została „dorżnięta”, że sięgnę do leksyki byłego szefa polskiej dyplomacji, eksmarszałka Sejmu Radosława Sikorskiego.

W zapomnienie popadły takie – o zgrozo – publiczne drwiny, jak np. wówczas jeszcze nie prezydenta Bronisława Komorowskiego: „jaka wizyta, taki zamach” - o zdarzeniu w Gruzji z udziałem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czy np. dialog Komorowskiego z Sikorskim: „Lecha nie ma, ale został nam jeszcze ten drugi/Nie martw się, Bronek, mamy jeszcze jedną tutkę…”. W kwestii formalnej, rozpowszechnił go poseł PiS Jacek Sasin, za musiał przepraszać, gdyż nie wykazał - zgodnie z orzeczeniem sądu - że „oparł się na wiarygodnym źródle”.

Jarosław Kaczyński, brat bliźniak śp. prezydenta dowiódł wbrew złośliwościom Sikorskiego, że może być niski, ale nie jest mały. I to właśnie najbardziej doskwiera jego politycznym antagonistom. Jak do tej pory, zamiast merytorycznej polemiki, przeciwnicy PiS potrafią zdobyć się jedynie na obelgi, inwektywy i insynuacje wobec członków gabinetu zjednoczonej prawicy.

Sprzyja temu fakt, że niekiedy u przyszłych ministrów Antoniego Macierewicza, Zbigniewa Ziobry czy Witolda Waszczykowskiego język bywa szybszy, niż pomyśli głowa, nad czym będą musieli popracować, by nie dostarczać ślepej amunicji pokonanym i ich medialnym kauzyperdom. Ale braku fachowości zarzucić im nie sposób.

W jednym wszakże rzecznik rządu PO-PSL się nie myli. Jak powtarza zawiedzionym głosem w mediach różnych:

„Mieliśmy mieć świeży rząd, z pomysłami, a mamy…”,

— i tu wymienia kilka nazwisk, które pominę, bowiem sam początek tego zdania implikuje jakże uzasadniony podtekst, że rząd, który Tomczyk jeszcze reprezentuje, był nieświeży i bez pomysłów. Co racja, to racja, to widać, słychać i czuć! Niestety, jego udziałowcy wciąż nie pojęli, że „miliony Polaków przed telewizorami po prostu łapią się za głowy” słuchając takich właśnie wynurzeń…

Tekst ukazał się na portalu wPolityce 10 listopada 2015r

Pin It